Tylko spokojnie!  Dasz radę!

          Wszedłeś do uczelni-molocha i pewnie to czujesz.

             Nie licz,  że on będzie myślał o Tobie albo za Ciebie, gdy tylko posłusznie będziesz chodził na wykłady, biegał na ćwiczenia i potulnie wystawał w kolejkach przed dziekanatem.    

            Jeśli na to liczysz, to obudzisz się wykolejony i się nie pozbierasz.

           Wiesz jednak, po co tu wszedłeś. Zabiegałeś o to.

          Chcesz być inżynierem, a może kimś więcej. Piękny i pożyteczny zawód.

         Skoro tak, to musisz od początku skupić uwagę na matematyce i fizyce, od nich studia się zaczynają. Ale przede wszystkim na pierwszej. Bo to ona wprowadza konsekwentny porządek myślenia, również do fizyki.

          I tu jest pierwszy problem.

          Matematyka, a matematyka, to różne rzeczy. Jest matematyka teoretyczna, uniwersytecka i matematyka organiczna – ta użyteczna. To na tej organicznej zbudowano dzisiejszą fascynującą fizykę i powstały cuda techniki. A powstała ona ponad trzysta lat temu; dziś tylko wyraża się ją współczesnym, jasnym językiem.

         Zbudowali ją Bracia Bernoulli, Newton, Euler, Gauss,  ... ...  ... 

         Szkopuł tkwi w tym, że matematyków uwodzi ta pierwsza, teoretyczna; nawet jeśli jej dobrze nie znają. Nazywa się ją  Królową Nauk, a oni czują się jej Kapłanami.  Ale nawet tej abstrakcyjnej nie przekazują, bo by się zaplątali. A w politechnice z abstrakcji mizerny, a nawet żaden pożytek. Tego pożytku nie ma ani z „teoretycznej”, ani z drugiego jej bieguna, z siermiężnego wykładu.

          Z takich wykładów niewiele albo nic Ci w głowie nie zostanie. Najwyżej szum. Jak ze szkolnego nauczania.

           Z nich inżyniera nie będzie.

           Co Ci radzę?

 Główną uwagę skup i nacisk połóż na własnej pracy. 

Wykład skoro musisz chodzić, bo jest obowiązkowy tylko obserwuj.

           Zdobądź – i to zaraz – dobry podręcznik i na nim się skup. Podkreślam DOBRY. Zdobądź-kup od razu, póki nie przytłoczą Cię wykłady i ogarnie bylejakość.

           Dobry – w Polsce – jest tylko jeden, mój podręcznik.

          Powiesz w tej chwili, że szydło porady wyszło z worka. Twoja wola.                 

                                              ALE TAK JEST.

           Nie ma w Polsce, ani w Europie lepszego, a choćby równego mu podręcznika matematyki dla politechnik albo nawet dla kogokolwiek, kto chce matematykę zrozumieć, pojąć jej sens. 

           Bo mój podręcznik jest jedyny organiczny, jedyny, który wywodzi matematykę z intuicji i opiera na rozsądku.

           Bracia Bernoulli, Newton, Euler, Gauss, dotarli do sedna matematyki, bo mieli otwarte umysły;

umieli czytać z Księgi, która stoi otwarta przed każdym, a jej tytuł RZECZYWISTOŚĆ

           Ten cytat zaczerpnąłem od największego polskiego matematyka, Hugo Steinhausa. Jestem jego uczniem. On nawet, jako dziekan, zapisywał mnie w 1945 r. na Uniwersytet Wrocławski na studia matematyczne; jako pierwszego studenta matematyki – jedynego w  pierwszym roku (pierwszego nie stąd, że sie ścigałem, bo zjawiłem się po dwóch tygodniach od uruchomienia). Wykładał dla grupki fizyków, chemików i astronomów i jednego matematyka, a właściwie dla mnie; do mnie się zawsze zwracał).

            Zdobądź, kup, mój podręcznik Elementy matematyki wyższej, t. 1 (ALEF, wyd. 2009) i skup się na nim. Od razu go czytaj, jak najwcześniej, jeszcze we wrześniu, jeśli ją zdobyłeś.

            A gdy już wykłady się zaczęły, czytaj uważnie, nie wkuwaj, tylko czytaj. Zrozumiesz myśl, tok myśli. Przeczytaj pierwszy rozdział; czytanie jest łatwe (student z Bolesławca, który kupił książkę w Allegro, napisał bezpośrednio „Super”, jednak po kilku dniach nie wytrzymał, przysłał mi mail „Przeczytałem pierwszy rozdział. TO STRZAŁ W DZIESIĄTKĘ. Takich podręczników trzeba”

             Przeczytaj możliwie od razu:  pierwszy rozdział, a  drugi -- Pochodna (do str. 34) i trzeci -- Całka  (tylko „całka oznaczona”). To zajmie Ci najwyżej godzinę na rozdział. Oczywiście trzeba je potem dopracować, aby mieć pożytek, ale to potem.

            Już to pierwsze czytanie ustawi Cię do studiów. Owszem musisz – póki co – pilnować sztucznych wymagań wykładowcy, bo to on dzierży „berło” zaliczania.

           Jeszcze jedno konieczne ostrzeżenie. Nie bierz na serio zaleceń wykładowcy w kwestii „literatury podstawowej”, bo na „uzupełniającą” nikt nie zwraca uwagi. W swoich programach przedmiotu wypisują i na wykładzie podają tytuły na chybił trafił. 

           Wprawdzie ogólną zasadą pedagogiki jest podanie na wstępie wykładu „obszernej literatury przedmiotu”. Być może jest ona słuszna w humanistyce, ale w stosunku do matematyki jest całkowicie błędna. Tak konsekwentnej, dedukcyjnej i jednoznacznej nauki jak matematyka nie pozna się ze sterty książek. Można ją poznać i zrozumieć tylko z jednej, dobrej książki. W matematyce „obszerna literatura” może jedynie wprowadzić do głowy zamęt.  

            Wykładowcy podając obfitą listę podręczników niemal z reguły ich nie znają. Ich nudzą te podręczniki. Mają „swoją” matematykę; każdy swoją.  

           A w Politechnice Wrocławskiej wykładowcy – pod presją kierownictwa – wyróżniają „kolesiowe” skrypty GiS (Gewert i Skoczylas); Analiza, definicje, twierdzenia, wzory  itp. One od 1990 r.  – od umasowienia studiów – były przyczyną generalnego upadku kształcenia matematycznego w Uczelni. Dziś presja odżywa; nie daj się.

            Kupisz „kolesia”, wykosztujesz się i zobaczysz, że zrobiłeś głupstwo. Nawet tego bubla  odsprzedać nie będziesz mógł (ALLEGRO takimi „ofertami” jest zapełnione)

 

  ... ...