Kariera Skoczylasa

       Wypłynął w pierwszym roku odzyskanej suwerenności (1990), w roku umasowienia studiów w Polsce. Spadło ono na wyższe uczelnie znienacka.  Szczupła kadra naukowa miała teraz podołać podwojonemu, a wkrótce potrojonemu naborowi.

       Stało się to w czasie, gdy po „naukowej” reformie oświaty lat 60. ub.w. skoncentrowanej na matematyce zwanej od nazwiska reformatorki reformą Krygowskiej (Z. Krygowska, prof. Wyższej Szkoły Pedagogicznej w Krakowie), ujawniło się jej fiasko (której znakami: powołanie „zerówki” (1976), usunięcie na 25 lat matematyki z matury (1984) przewróconej w 2011 r. po 27 latach, gdy zniszczono całkowicie sam proces nauczania.

       Problem w uczelni leżał na samym początku studiów, w matematyce, od niej studia się zaczynają.

       Uczelnie radziły sobie z umasowieniem rozmaicie; na ogół prymitywnie, dodając kursy wyrównywania braków z matematyki. Wrocławska Politechnika postąpiła inaczej, jeszcze głupiej. Zastosowała zasłyszany w wojażach z zachodu system masowego kształcenia. Funkcjonował tam od dawna na najniższym, belfrowskim poziomie. Podjął się tego właśnie Z. Skoczylas, marny doktorek po studiach w nieudanym tworze, zwanym Studium Podstawowych Problemów Techniki (dziś wydział PPT). Doktorat wysmażył, bo udaje się to każdemu na studium doktoranckim, ale po marnych studiach nie posunął się o krok; jeśli było z czego, to raczej się cofnął. Rok czy dwa lata temu wybłagał tytuł docenta (wygasły w latach 60. ub.w.)

           Swoje masowe kształcenie nazwał systemem  STANDARD. Zszokowane i bezradne władze Uczelni w panice narzuconej masowości, przyjęły go jak ratunek, a zbawca, Z. Skoczylas, stał się wprost dyktatorem w matematyce.

           Z tym systemem zetknąłem się osobiście w 1995 r., gdy dano mi, jak wielu emerytom, kurs na studium zaocznym. Zderzyłem się z bełkotem. 

          Organizacja system polegała na otwarciu wielu równoległych kursów początkowej wyższej matematyki, z wolnym wyborem kursu dla kandydatów. Zakładano, że wykładowca, który zbierze największą liczbę zgłoszeń, jest najlepszy i będzie honorowany. System miał  tą drogą zapewnić podnoszenie się jakości wiedzy matematycznej. Świeżo upieczeni studenci spłatali jednak figla. Z miejsca potrafili znaleźć wykładowcę najmniej wymagającego (co jest naturalne dla kogoś, kto wchodzi w niewiadomą; jeśli obleje, to kończy karierę studiowania). Jakość wzięła w łeb.

          Ale ci lepsi wykładowcy, jeśli byli, też nie mieli szans. Tę jakość zarzynał wymyślony przez Skoczylasa i dobranych pomocników sam narzucony tryb kształcenia.

          Miał to być system lekcyjny oparty na pomocniczych, ad hoc sknoconych skryptach, niewielkiej objętości, autorstwa głównych organizatorów, Z. Skoczylasa, M. Gewerta i dokooptowanej T. Jurlewicz. Skrypty z założenia były podzielone na 14 tygodniowych odcinków semestru. Te odcinki były podstawą rytmicznej realizacji kursu. Od samego początku koncepcja skryptów była prymitywna polegała na wtłaczaniu  formułek, 

          Wyniki od samego początku były katastrofalne.

          Wydziały po kilku latach paniki dodały godziny ćwiczeń, zamieniając system lekcyjny na wykładowo ćwiczeniowy. Skrypty „lekcyjne”  zamieniły się w obecną formę trój-skryptów (1. Definicje, twierdzenia, wzory, 2. Przykłady, zadania, 3. Kolokwia, egzaminy). Redakcyjna „strzępkowa” forma utrwaliła się, „wzbogacając się” jedynie o ilość strzępków.

           Dodanie ćwiczeń niewiele pomogło. O te dodatkowe godziny dydaktyczne biegał  po wydziałach goniec Skoczylasa, wielki autorytet naukowy, prof. Ryll-Nardzewski, nie rozumiejący, że sam STANDARD jest głównym błędem (nie wiem nawet dlaczego nie rozumiejący politechniki przeszedł z Uniwersytetu na Politechnikę). A te dodane godziny, to dalsza degradacja kształcenia. Więcej głupstw „matematycznych” wkładanych w studenckie głowy. 

          Zupełne fiasko systemu STANDARD w niczym nie naruszyło w Uczelni pozycji Skoczylasa, inicjatora i kierownika systemu masowego kształcenia . Klęskę uznano za zwykły skutek masowości i upadku oświaty-edukacji.

           Skoczylas swą dyktatorską pozycję wykorzystał do podporządkowania sobie kadry. Bo rzecz jasna pojawiały się bunty; uśmierzał je wyrzuceniem z pracy; potem wystarczyła sama groźba. Wśród kadry znalazły się usłużne „przodownice”, nie w dziedzinie merytorycznej nauczania, ale w egzekwowaniu strzępkowej masy skryptów.  Egzaminowanie jest łatwizną, bo wygodne pytania i zadania ustanawia egzaminator, a egzamin może utrącić studenta. Owym "ulepszeniem" było ustanowienie w Uczelni „centralnych egzaminów”, podporządkowanych całkowicie skryptom Skoczylasa. Odbierało to wykładowcom  jakąkolwiek inicjatywę.

          Na ogromny odsiew zastosowano wynalazek płatnych kursów powtórkowych z matematyki; w praktyce wielokrotnych, aż "do skutku". Wkrótce pojawiły sie kursy powtórkowe również z przedmiotów technicznych, oczywisty skutek wielkiego ogólnego upadku poziomu nauczania matematyki. Wynalazek utrwalił się i działa podkolorowany do dziś dnia.

          Za bezwartościowe kształcenie płaci student , a uczelnia jeszcze na tym zarabia  (choć studentowi należało by się odszkodowania od uczelni).

          Jedynym wygranym był Skoczylas. Mając w Uczelni absolutną władzę w zakresie kształcenia matematycznego i pełny monopol płodzonych skryptów, obrósł w minionych 26 latach w sadło (wystarczy trochę wyobraźni, aby oszacować zyski:  ilość sprzedanych obowiązkowych potrójnych skryptów w ciągu 26 lat w masowym kształceniu, przy rosnącej liczbie realizowanych kursów, potoków, w masowej rekrutacji; to wszystko idzie w grube miliony (licząc choćby 10 zł  czystego zysku z egzemplarza).  Przy tym bez żadnego wysiłku autorskiego, sprowadzonego do „strzępkowej” sztampy. Oto intratny interes. Na ogłupianiu.  

           Skoczylas, obrósłszy w sadełko swój  "wynalazek masowego kształcenia" w postaci swych skryptów próbował "eksportować" na inne uczelnie. Nie miał tam władzy, ale wzór pełnego opanowania uczelni tam imponował; bardziej jednak towarzyszące zachęty.  W księgarniach niemal całej Polski jego skrypty wysuwano na eksponowane miejsca, spychając inne w kąt. Księgarze nie gardzili zachętą.

          Czy można się dziwić uległości rektorów i innych dzierżących w Uczelni władzę wobec krezusa finansowego. O tej uległości w innym miejscu.   

          Moje, wiele lat trwające wysiłki do sprowokowania rzetelnej dyskusji o dydaktyce w Instytucie Matematyki były daremne. Kadra została tak spacyfikowana, że o żadnej rzeczowej dyskusji mowy być nie mogło. Kadra kierowała swe wysiłki nie na wypracowanie mądrego modelu kształcenia, ale na ataki  na naruszającego błogi spokój.

         [ Widząc beznadziejność wysiłków wpływania na kadrę, podjąłem pracę nad dobrymi podręcznikami. Udało mi się znaleźć mądrych sponsorów, którzy sfinansowali druk trzech pierwszych podręczników. Założyłem własne autorskie wydawnictwo ALEF. Zdobyłem niezależność; mogłem robić to, co nakazywała wiedza i uczciwość. Mogłem działać niezależnie od otaczającej głupoty. Opublikowałem dotąd 12 tytułów, głównie z zakresu matematyki politechnicznej. Dwie pozycje dotyczą upadku edukacji, który dział się za mojego życia, a nawet zgoła tuż przy mnie, bezsilnym.

          Są to Dokąd zmierzasz edukacjo (2005 r.) oraz

         O edukacje wyzwoloną. Rzecz o upadku edukacji i rabowaniu dzieciństwa (2012 r.) (owo "wyzwolenie" to nie geje i lesbijki, tylko o uwolnienie od dyktatu z UE ujętego  m.in. w tzw. Procesach Bolońskich, narzucających bylejakość. Dyrektywy UE uwalniające od myślenia i odpowiedzialności.]