Indoktrynacja a  żywotność dziecka  
     
          Człowiek jest częścią natury; rodzi się i rozwija dzięki siłom, w które wyposażyła go natura, w części drogą dziedziczenia, ale też darem uczuć rodzicielskich, też przecież będących częścią natury. Sądzę nawet, że opiekuńczość tkwiąca w psychice przedszkolanek i nauczycieli z prawdziwego zdarzenia, szczególnie nauczycieli początkowego nauczania, dziś formacji wymarłej, też jest darem natury. Jakąś dalszą siostrą tych przymiotów jest duch twórczości, również naukowej, jeśli owa twórczość wypływa z bezinteresownej ciekawości, czy dociekliwości, a nie jest kierowana karierą, chęcią błyszczenia, czy zyskiem, ani nie jest objawem obłędu.

Przymioty te wypływają z naporu natury i charakteryzują się działaniem, a nie mówieniem o działaniu.

Owe dary natury są największym sprzymierzeńcem edukacji. Dzisiejsza edukacja zagubiła je mędrkowaniem niby-pedagogiki i psychologii. Przydusiła pseudonaukowością i technologią; nazywa je nowoczesnością. To, co tworzy w rozwoju natura, chce wytworzyć sztucznie, technologicznie, przez sfabrykowanie sztucznej, zmyślonej sytuacji. Gdyby owe pomysły trzymały się blisko natury nie byłoby może tragicznie, choć zawsze programowanie, które w naturze nie występuje, grozi naruszeniem miary; i dziś z reguły narusza.

Dziecko asymiluje zjawiska otoczenia nie narzuconym programem, ale według własnej skali i wewnętrznej miary, dopasowanej naturą do miary zjawisk i możliwości przyswojenia, niejednakowej u różnych jednostek i dla różnych zjawisk i nawet różnych w różnych okresach i chwilach. 

Dary te wprost tryskają z dzieci: wszystko chcą zobaczyć, wszystkiego dotknąć, we wszystkim brać udział, niezależnie od warunków swego bytowania, biedy, czy dobrobytu; jedynie skrajna nędza, ale też przesyt mogą tłumić żywotność – albo kierować na wybryki. Tej wielkiej rozmaitości natury nie da się ująć programami; nie wolno i nie ma potrzeby.  

Obserwuję prawie trzyletniego malucha, Patryka; bawi się żelazną bramką ogrodzenia; trzaska nią. Usiłuję mu przeszkodzić podstawiając nogę. Nie rezygnuje, usiłuje trzasnąć mimo przeszkody. Skoro nie udaje mu się zwykłym popchnięciem, szykuje się do wielkiego rozmachu. Znaczy to, że wyczuwa to, o czym mówi prawo pędu Newtona. Z pewnością wyczuwał to znacznie wcześniej, bo przecież nie odgadł w tym momencie. Zapewne nowoczesny pedagog zaraz by mu to prawo nazwał, sformułował, polecił pamiętać i dla pedagogicznego utrwalenia ciągle o nie pytał. 
        Jestem na poczcie. Kolejka. Za mną mama z trzyletnią dziewczynką. Mała siedzi na krześle i nudzi się. Obok stoi obrotowy fotel i mama sadza ją na fotel i popycha, by się obracał, w jedną stronę, w drugą; frajda, piszczy z uciechy. Gdy mama odchodzi do kolejki, chwilę siedzi spokojnie, ale zaraz schodzi i przypatruje się fotelowi z jednej strony, z drugiej: jak to jest, że się kręci, a na krześle nie? Gdy mama znów sadza ją na fotel, popycha i wraca do kolejki, dziecko siedząc w fotelu próbuje samo obrócić go, pchając za oparcie, jak to robiła mama. Fotel nie drgnie. Zdumiona. Po chwili schodzi z fotela i sprawdza, dlaczego się nie obraca, czy się coś  popsuło? Popycha i jednak się obraca, więc teraz zabawa kręceniem pustego fotela. Trudno powiedzieć, czy pojęła, że trzeba do pchnięcia fotela mieć oparcie poza fotelem; raczej nie, ale zjawiska doświadczyła, gdzieś w głowie może zafiksował się incydent. Kiedyś zrozumie Archimedesowe: dajcie mi punkt oparcia, a ziemię poruszę. 
       Raz wychodząc z poczty natrafiłem na placyku przy poczcie grupkę maluchów, jeśli nie ze żłobka, to na pewno pierwszy rocznik przedszkolaków. Pani Przedszkolanka
przepraszam, używam zacofanej terminologii, bo teraz to Pani Nauczycielka Przedszkolna, Specjalistka, Dyrektorka Przedszkola, niedługo zapewne Rektorka Przedszkola opisuje im, na początku dość barwnie, trąbkę na szyldzie poczty, będącą znakiem poczty (nawet naśladuje trąbienie trutu-tutu) i opowiada, co robi poczta. Dzieci jedne słuchają, inne nie słuchają, rozglądają się. A potem pani nawet wprowadza połowę grupki do środka; co ona tam w środku chce pokazać, tego nie wiem; ale raczej nawet nie zademonstruje nadania przy okazji własnego listu, bo robi to rutynowo z każdą grupą i każdego rocznika.   

Innym razem podobna grupka, już teraz przedszkolaków,  trzymająca się węża wchodzi do parku. Pani na przedzie idzie tyłem i cały czas gada do dzieci. To już jest przedszkole i ma swój program; pani gadając właśnie „realizuje” ów program. Nie słyszę tego, co mówi, ale to jest w słynnej Podstawie Programowej Przedszkola, same brednie. 

Tę grupkę przedszkolaków widzę w jakimś kolejnym dniu. Tym razem dwom „przedszkolankom” towarzyszy trzecia Pani; ważna, inteligentka z torebką przewieszoną przez ramię. Zatrzymuje grupkę przy jakimś krzewie, coś mówi, pewna siebie gestykuluje, wyjaśnia. Najwyraźniej „specjalistka”. Temat „pogadanki”, zaczerpnięty z Podstawy Programowej zapewne wykracza poza umiejętności „przedszkolanek” i przedszkole wynajęło do realizacji „specjalistkę”. „Przedszkolanki” potulnie wysłuchują, pilnując, by dzieci nie rozglądały się, ale pilnie słuchały. 

Jest to najnowsza metoda „nauczania”, zaczynana od najmłodszego wieku; czysta totalitarna indoktrynacja. Życie, i doświadczanie go, zastępuje dyrygowaniem, pustą gadaniną i pustym gestem. Ta gadanina blokuje nawet dzieciom później autentyczne, samodzielne, a nie narzucone i zaprogramowane, doświadczanie świata i życia. Samodzielne doświadczanie zapada głęboko w podświadomość i jest skarbnicą autentycznego, a nie pozorowanego życia. Gadanina jest szumem; tłumi odruchy mózgu. 
       Prawdziwe doświadczenie poczty będzie dopiero wtedy, gdy człowiek, może jeszcze dziecko, poczuje potrzebę napisania i wysłania listu. Potrzebę, a nie nakazane w szkole „zadanie szkolne”. Gdy ma potrzebę, wtedy zależy mu na tym, by list doszedł i wrzucając go do skrzynki czuje niepokój, czy list dojdzie. A gdy otrzyma odpowiedź lub znak, że list odniósł skutek (np. otrzyma upragniony podarunek), to fakt ten zapadnie głęboko w podświadomość. 
       Jest to doświadczenie organiczne. Pusta paplanina nim nie jest. A nawet zniekształca i blokuje to prawdziwe

 Przechodząc widzę szkraba ledwie chodzącego, zobaczył kamyk, podniósł go i rzuca w drzewo. O dziwo trafił. To przecież niemal pierwotny instynkt polującego pierwotnego człowieka. 

A szkoła, to początek niepojętego bełkotu; bełkotu tu już (w szkole) traktowanego na serio, z kontrolowanym żądaniem, by go dzieci opanowały. Bełkotu, w którym utopiono bezpośredniość i prostą użyteczność arytmetyki i geometrii, nie mówiąc o najgłębiej, bo własnym doświadczeniem osadzonym poczuciu bezwzględnego wzorca miary, miary swego jestestwa. Utopiono ciekawość tego, co kryje książka; potrzebę i piękno czytelnego pisania, naturalnego opanowywania ortografii i sensu tego, co słyszy, czyta i pisze. Utopiono zwykłe, naturalne zainteresowanie. Zastąpienie je programami, nakazem i kontrolą.
        Wystarczy zajrzeć do „zeszytów pracy” malucha (czyż sam ten termin, to nie fabryka). Zamiast radości poznawania – harówka, a w istocie drętwota. Coraz mniej radości. I tak do końca szkoły.
        To nie tylko wyskok autorów, wydawców; to zamierzona pseudo-troska o dziecko. Jeśli ktoś nie dowierza mojemu „wybrzydzaniu”, niech przeczyta Podstawę Programową.
Projekt dla przedszkola i „wczesnoszkola” (co za termin!) przygotowany przez zespól Pani Kuklińskiej z CODN (a świeżo przechwycony przez „specjalistkę”, Edytę Gruszczyk-Kolczyńską), przyjęty w 2008 r. z aplauzem przez MEN i całą elitę edukacyjną.

Te środki stosowane od najwcześniejszego dzieciństwa tłumią i fałszują własne zetknięcie się dziecka ze światem. Żywotność dziecka jeszcze próbuje tworzyć własny świat w tej sztucznej scenerii (masy „mądrości” i nadmiaru zabawek), nie ma ono jednak pełnej mocy naturalności; gotowe prefabrykaty gaszą własną zaradność i pomysłowość. A naturalny kształcący kontakt dziecka ze światem przegrywa z indoktrynacją.

Administracyjne przyspieszanie rozwoju dziecka – owe obniżanie wieku szkolnego i przedszkolnego, już teraz mimo protestów ruchu „ratujmaluchów” w pełnym toku, popychane pulchnymi rączkami Pani Minister  – nie zostawia mu czasu na dojrzewanie i okrzepnięcie. Pani Minister dla podparcia walących się pomysłów posyła do szkół komisarzy reformy, a marne efekty zasłania „ewaluacją”. O dysleksji, nieodłącznym produkcie tej edukacji, orzeka, że „jest, ale dopiero na zaświadczeniu” i w tej mentalności jest zrządzeniem losu, a nie nieodłącznym produktem systemu. 
   
     Nieszczęsne ofiary kieruje MEN do specjalistów rozrastających się specjalności psychologów edukacyjnych, tych, którzy na swych ofiarach robią karierę, a nawet biznes (rodzic z warsztatu)

Pisane w 2012 r. Dalej już tylko w dół.

 

 

 

 

 

 

 

 

.