Szanowny Panie Doktorze!

Paczka dotarła.

Już po przeczytaniu pierwszych stron nasuwa się myśl: oto nareszcie ktoś mówi do mnie tak, abym go zwyczajnie zrozumiał, a nie podziwiał jego naukowy majestat doktorski w całej okazałości. Na przykład pół godziny Gewerta i Skoczylasa może wywołać u czytelnika migrenę. Krysicki z kolei, choć trochę jaśniejszy, jest chaotyczny i bezładny. Ale nie po to autorzy ci harowali w pocie czoła jak woły, zdobywając stopnie i tytuły naukowe, żeby teraz byle studencina miał zrozumieć od razu, co majestat ma na myśli.

 

Wzrastałem w degrengoladzie polskiej edukacji. Gdy szedłem do pierwszej klasy podstawówki, było to jeszcze przed reformą Buzka o gimnazjach. Wkrótce potem powołano do życia gimnazja, mówiąc że wszystko jest przemyślane i na pewno przyniesie polepszenie stanu edukacji. Teraz, po 18 latach dowiadujemy się od rządu, że gimnazja nie zdały egzaminu. Wniosek stąd jeden: ktoś przeprowadzał na mnie i setkach tysięcy innych dzieci eksperyment naukowy, jak widać nieudany. Gdybyśmy żyli w USA, gdzie ludzie sądzą się czasem o odszkodowania w absurdalnych nieraz procesach (np. nałogowi palacze skarżą koncerny tytoniowe na grube miliony), miałbym podstawy do zaskarżenia państwa o wykorzystanie w charakterze królika doświadczalnego.

Już w pierwszej klasie podstawówki miałem w programie nauczania równania z jedną niewiadomą, zbiory, podzbiory, ich sumy i iloczyny (na razie bez terminologii). W całej klasie był jeden zdolniejszy kolega, który to zrozumiał. Pani nauczycielka była zadowolona, a ja niczego nie rozumiałem.

Wszystko to podawane było z niezliczonej ilości opasłych pstrokatych książek, odwracających uwagę od meritum zagadnienia. Plecak ucznia, w zależności od dnia ważył od 1,5 do nawet 10 kilogramów. Zakładając wariant optymistyczny, że średnio to ok. 4 kg na dzień, przez 9 lat licząc 10 miesięcy nauki w każdym roku, 4 tygodnie nauki w miesiącu, 5 dni w tygodniu daje to 7,2 tony przeniesionej przez ten czas na mych plecach. To równowartość masy 14 małych fiatów. Może jest to szacowanie niezbyt precyzyjne i trochę demagogiczne, ale na pewno cieszące producentów papieru i wydawców książek.

Mało tego. W budynku, gdzie mieściła się moja podstawówka, utworzono gimnazjum, pozostawiając jednocześnie w części szkołę podstawową. Trudnym zadaniem było zmieszczenie wszystkich uczniów, toteż bywały dni, że zaczynałem lekcje o 15.05 a kończyłem o 18.30. Nic, tylko się uczyć o tej porze...

Przez okres 9 lat edukacji w szkołach podstawowej i gimnazjalnej miałem 5 różnych nauczycielek matematyki, każda mówiła co innego, ale żadna nie umiała nauczyć podstaw w sposób zrozumiały. Dopiero w liceum trafił mi się stary profesor, który dawno temu skończył liceum pedagogiczne oraz matematykę na UW. Surowy, wymagający, ale dobry nauczyciel. Dzięki niemu dobrze zdałem maturę.

 

Mógłbym jeszcze długo pisać o innych zmorach szkolnych, o przemocy wśród uczniów, o niedouczeniu i "ciemniactwie" niektórych nauczycieli, ich konformizmie i hipokryzji. Powiem tylko, że moja babcia (ur. 1939) skończyła wcześniej to samo liceum pedagogiczne, co stary profesor z liceum. Będąc już na emeryturze pomogła w nauce czytania i liczenia niejednemu dziecku, z którym szkoła nijak nie dawała sobie rady.

 

Serdeczne Pozdrowienia!

M. K.

 


 

Marek Korzeniecki