Krętactwa smoleńskie

Pośpiech z pogrzebem ofiar i pierwszy problem miejsca pochówku pary prezydenckiej. Strona pisowska od razu wysunęła Wawel i kardynał-arcybiskup krakowski, Dziwisz, niezwłocznie się zgodził (niedawno odciął się od przypisywania mu inicjatywy, twierdząc, że tę kwestię oddał rodzinie). Sam pogrzeb celebrowany uroczyście jako Głowy Państwa budził „mieszane uczucia”; zrównywanie miernego prezydenta, który po wyborze meldował bratu „prezesie zadanie wykonane” z najwyższymi postaciami historii polskiej budziło niesmak.

Połączenie kraju i miejsca, w którym zdarzyła się katastrofa z Katyniem, stało się piorunującą mieszanką. Dała znać wkrótce po przeminięciu szoku i naturalnej żałoby. Na pierwszym miejscu stanął ból „patriotycznej” części rodzin ofiar mierzony wysokością odszkodowania, równorzędny z zaciekłością znalezienia sprawców katastrofy. Pierwszym była oczywiście Rosja, ale współsprawców tropiono w rządzie. Głównym był oczywiście Tusk; w dniu katastrofy popędził do Smoleńska, spotkał się tam z Putinem, a jego kolumna „zagradzała” drogę bratu ofiary, Jarosławowi.

Żałoba skupiła się na parze prezydenckiej, przyjęła formę miesięcznic zaczynających się w kościele i celebrowanych przed pałacem prezydenckim manifestacją polityczną, kulminującą przemową prezesa.

Powstawały filmy smoleńskie, opierane na przypadkowych „świadkach” i zawsze z tezami zamachu. Już w 2013 r., gdy rządowa komisja ustaliła już techniczne przyczyny katastrofy, jako błąd pilota, z teorią zamachu wystąpił Macierewicz. Utworzył własną komisję smoleńską z dobranych „speców”, począwszy od Biniendy, ogłoszonego amerykańskim specjalistą od wypadków lotniczych. Rozsnuwał fantastyczne teorie sztucznej mgły, bomby magnetycznej, termobarycznej, … . Komisja się zmieniała, wycofywali się jedni, wchodzili inni.

Po przejęciu rządów przez PiS rozpoczęła się orgia smoleńska. Komisja smoleńska stała się oficjalna. Macierewicz regularnie co jakiś czas ogłaszał ciągle nowe fantastyczne teorie. Głosił m.in. sfałszowanie odczytu czarnej skrzyni; brakowało trzech ostatnich, decydujących sekund. Ale one w zapisie były, tyle że dramatyczne i je w publikacji opuszczono. Minister spraw zagranicznych Waszczykowski domagał się w kółko od Rosji zwrotu wraku i czarnych skrzynek, szukał poparcia w Ameryce, a potwierdzenia „wybuchu”, Komisja, w gotowych, jak się Macierewiczowi wydawało, do manipulowania firmach badania wypadków lotniczych w Hiszpanii, Anglii, Włoch.

Rosja ma stałą odpowiedź: do czasu zakończenia wspólnego, czyli zgodnego śledztwa nie ma o tym mowy. Jest to oczywiste, skoro jest bezpodstawnie oskarżana o spowodowanie katastrofy, w podtekście nawet zaplanowanej, oddać je teraz, oznacza utracić dowody.

Polska od samego początku dysponuje kopią oryginalnego zapisu czarnej skrzynki. Gdyby w oryginale była „ingerencja”, luka,  świadcząca o manipulacji, znalazłaby się też w kopii. O tym strona pisowska nie mówi, bo w kopii ingerencji nie ma; nie ma więc w oryginale.

Jest jeszcze jeden ważny element wyjaśnienia przyczyn katastrofy. Rozmowa Lecha Kaczyńskiego z bratem Jarosławem na 15 minut przed upadkiem. Tej rozmowy Kaczyński nie godzi się upublicznić; a jest zarejestrowana w nasłuchach wszystkich większych państw.

Twierdzi, że rozmawiali o „mamuśce”.

Osobliwe.

15 minut przed spodziewanym lądowaniem, gdy od pół godziny wiadomo było, że nad lotniskiem zalega gęsta mgła, wiadomość przekazana Prezydentowi przez Kazanę, znana dokładnie pilotom nawet z rozmowy z pilotem małego Jaka 40, który wylądował w mgle półtorej godziny wcześniej (również łamiąc lotnicze procedury); czekał z dziennikarzami na lądowanie samolotu prezydenckiego.

Na 15 minut przed katastrofą nie wspomnieć bratu o mgle !!!

Taka wersja rozmowy podawana przez Jarosława obciąża jego brata.

Czy to nie podłość?

Nie przyznać się i grać na trupach!

I oto 10 kwietnia 2018 r. odbywa się „ostatnia” 96-ta miesięcznica smoleńska i żadnego „wyjaśnienia” Komisja, ani sam Macierewicz nie podali. Ma ją „odkryć” wirtualny samolot w skali 10:1 w wirtualnych próbach z wyłączeniem uderzenia w przeszkodę. Ale i o tym się już milczy.

W mataczeniu szukają „trotylu” w ciałach ofiar. Zarządzono ekshumacje mimo sprzeciwu rodzin. Ekshumowano nawet ciała pary prezydenckiej; bezczeszczenie pamięci brata, to nic wobec zacierania śladu winy. Próbki pobrane z ciał, a przedtem fragmentów samolotu wysłano do czterech wyselekcjonowanych zagranicznych laboratoriów (w Anglii, Hiszpanii i Włoch); ostatnie próbki w lipcu 2017 r. Do dziś żadnej. wiadomości od nich; a zostaje kwestia oryginalności próbek jednostronnie pobranych i przekazanych. Zbliża się sakramentalny dzień 10 kwietnia. Co znów usłyszymy. Matacząca komisja, mataczone próbki niewiadomo czego, mnożące się angażowane laboratoria. 

Kaczyński „postawił” Macierewiczowi ostateczny termin (który już z rzędu) wyjaśnienia katastrofy, której przyczynę doskonale zna. Oczekuje takiego zagmatwania, by mieć spokojne sumienie”.

Właśnie jest kwiecień  2018 r. Oto na pomoc zgłasza się minister sprawiedliwości i generalny prokurator w jednej osobie. „Zarzuca” Macierewiczowi bezprawne rozszerzenie zadań jego komisji smoleńskiej na całość śledztwa, gdy minister-prokurator oddziela kwestie techniczne od odpowiedzialności za katastrofę.

To – sporem między obydwoma „adwersarzami” tego samego obozu – pozwala gmatwać w nieskończoność i odwlec kompromitację, aż spreparują swoje prawo i zadekretują przebieg katastrofy i winę.

 

Jaką szopkę usłyszymy za kilka tygodni w kwietniu 2019 r.? 

Ano, okazuje się że Macierewicz przesłał do MSZ wiadomość, że był to zamach, żądając by rozesłano ją do rządów państw świata. Ministerstwo przesłało jednak pismo do MON, które nawet pisowskie zna przyczyn katastrofy. Macierewicz oczekiwał, że wiadomość o trotylu będzie wychodzić z innych państw i stanie się wiarygodna. To krok szaleńca.

Sama jedna „czarna skrzynka” z miejsca wyjaśniła przebieg lotu i przyczynę katastrofy. Trzeba być nie lada krętaczem w lidze krętaczy.