Katastrofa

Przyczyna i przebieg katastrofy jest i był od początku jasny. Wynika wprost z zapisu czarnej skrzynki, rejestrującej rozmowy w kokpicie. Potwierdzenie techniczne (z czarnych skrzynek technicznych) tego, kiedy pilot uruchomił pełną moc silnika, by zatrzymać opadanie i wyrównać lot, tu nie ma nic do rzeczy. We mgle chciał przelecieć nad lotniskiem możliwie najniżej, by widzieć płytę, i ewentualnie wylądować. W ryzykownym zamiarze dał pełną moc silnikom o sekundy za późno.

To zgubiło jego i całą delegację.

Tę „czarną skrzynkę” pokazywał Internet przez kilka dni po katastrofie. To było jaskrawo czerwone urządzenie w kształcie kulistym. Leżała w odległości ok. 50 m od wraku głównego korpusu. Korpus przewrócony do góry kołami, w całym otoczeniu ratownicy strumieniami wody gasili palące się resztki. Potem Internet pokazywał obraz pola katastrofy z satelity; obraz samego miejsca upadku a także cały obszar z pasem lądowania. Początek pasa był odległy od miejsca upadku ok. 200 m. Dorysowana tam linia lotu trafiała dokładnie na linię pasa, sam wrak leżał o jakieś 40 m w lewo od linii lotu, bo urwanie części lewego skrzydła spowodowało nierównowagę, przechył i zboczenie.

Nikt z początku nie czepiał się odczytu czarnej skrzynki, spory toczyły się wokół chwili wylotu, spóźnienia pary prezydenckiej o pół godziny, o wydartym pilotowi przez generała meldunku o gotowości do lotu. Według norm powinien go złożyć pilot, tymczasem wymusił to gen. Błasik, dowódca jednostki wojskowej, której podlegały służby lotnictwa wojskowego; była wtedy scysja między obowiązkiem pilota a uzurpacją generała.

A na statku kapitan czy pilot jest „pierwszym po Bogu”

Pojawiały się najróżniejsze zarzuty do organizatorów lotu, ale nie bardzo można było ich już w zarodku zakwalifikować jednoznacznie, bo jakkolwiek w pewnej części było to w gestii organów rządowych, to strona prezydencka ustalała szeroki, galowy skład delegacji i prezydent nie godził się na wspólny z premierem hołd w Katyniu . To się po prostu nie składało z jego planami w prezydenckim roku wyborczym.

Uroczystość przypadała, jak co roku, 10 kwietnia

Dwa dni wcześniej, 8 kwietnia, hołd ofiarom Katynia złożył premier ze skromną delegacją rządową.

W dociekaniu przyczyn katastrofy rodziły się rozmaite pospolite wątpliwości, czy załoga znała prognozy pogody, terenowe warunki, w tym o dość głębokim  obniżeniu terenu przed lotniskiem, mogącym fałszować wskazania wysokości lotu oraz inne naiwne obawy. To należało do służb lotniczych, w tym przypadku wojskowych, a nie organizatorów cywilnych lotu. Zarzucano zdradę oddania śledztwa rosyjskim służbom, a za błąd zakwalifikowanie lotu jako cywilnego (wg procedury chicagowskiej), choć lot nie był anonsowany jako państwowy. Lech Kaczyński nie chciał się spotykać z Putinem, angażował się nawet w manifestacje wrogie Rosji (wcześniejszy lot do Tbilisi). Rządy zgodziły się na wspólne dochodzenie prokuratury polskiej i rosyjskich odpowiednich służb; katastrofa była przecież na terytorium Rosji.

Gdy się czyta skopiowany zapis skrzynki, wszystko jest niewątpliwe i jasne.

Dolatując okazało się, że nad całą okolicą zaległa gęsta mgła. A było to małe nieczynne lotnisko wojskowe, specjalnie przygotowane do przyjęcia samolotu premiera, a teraz Prezydenta.

Wieża kontrolna lotniska oczekiwała, że wobec mgły samolot raczej odleci na inne, bezpieczniejsze lotnisko i to zalecała.

Przedstawiciel rządu koordynujący lot, Kazana, znajdujący się w samolocie, wiadomość o mgle i zaleceniu lądowaniu na zapasowym lotnisku przekazał Prezydentowi. Prezydent był z tego niezadowolony; nie zdążył by na czas uroczystości wcześniej zaplanowanej przez Rodziny Katyńskie. Na tym mu w roku wyborczym  szczególnie zależało. Od swego wyboru, ani nigdy przedtem, nie przyszło mu jednak do głowy składać hołd w Katyniu.

Powstał problem. Kazanie kursującemu miedzy pilotem a Prezydentem nie udawało się doprowadzić do uzgodnienia, nawet gdy na 15 minut przed oczekiwanym lądowaniem Prezydent zasięgnął telefonicznie rady swego brata, Jarosława.

Załoga przymuszona tą sytuacją zdecydowała się zrobić próbę. Wieża po kilku minutach zgodziła się na próbę, dozwalając obniżenie lotu do 100 m (te kilka minut zwłoki, to zakłopotanie naczelnych władz rosyjskich. Leciał prezydent państwa; nakazać odlot na zapasowe lotnisko, czy zgodzić się na próbę. Oba warianty były dla władz rosyjskich złe: zamknąć lotnisko, to krok wrogi, pozwolić na lądowanie we mgle, to wziąć odpowiedzialność w złych warunkach atmosferycznych. Zdecydowały się oddać decyzję stronie polskiej, z ograniczeniem pułapu do 100 m.

Trzeba wyjaśnić sytuację, w jakiej znalazł się pilot, Protasiuk.

Wcześniej w locie Prezydenta do Tbilisi w Gruzji był drugim pilotem (pierwszym pilotem był Pietruczuk). Lech Kaczyński chciał się wtedy włączyć w zbrojny konflikt między Gruzją a Rosją, po stronie Gruzji, która nawet konflikt wywołała. Od pilota żądał, jako „naczelny zwierzchnik sił zbrojnych”, lądowania wprost w Tbilisi. Pilot odmówił z powodu strefy wojennego zagrożenia i wylądował w Azerbejdżanie. Po całym incydencie Prezydent nazwał go tchórzem i zdegradował za niewykonanie rozkazu zwierzchnika (swoje prezydenckie zwierzchnictwo rozumiał dziecinnie jako wydawanie rozkazów, a nie czuwanie nad całością spraw obronnych państwa). Pilota obronił rząd, wówczas Platformy.

Teraz pilot miał szanse na awans. Podjął ryzykowną, „bohaterską”  próbę lądowania.

Zlekceważył ograniczenie wieży do pułapu 100 m.  Meldunki drugiego pilota o pułapie głosiły kolejno: 100, 90, 80,   , 40, 30, 20 m.  Od 60 m czarna skrzynka zarejestrowała stale ostrzeżenia Terrain Ahead i Pull Ap; lekceważone. Gdy przy niskim pułapie samolot zniknął z radaru, wieża tracąc go z widoku dała rozkaz Horizont; zlekceważony. Dwie-trzy sekundy po meldunku 20 m zarejestrowany odgłos uderzenia w przeszkodę, zdenerwowane  „kurwaa…”  pilota i w trzy sekundy koniec zapisu.

Po katastrofie wstrząsające wiadomości z ostatnich telefonów z samolotu; jeden męski dramatycznie urwany „giniemy, żegnaj” na tle ogólnego, panicznego krzyku ginących.