Skok 2015

      Zwykle wybory wygrywa się „przy urnie”, ale okazało się, że można także w kampanii wyborczej.  Tę sztukę pokazało na medal PiS dwukrotnie, w obu przypadkach w roku podwójnych wyborów, prezydenckich i parlamentarnych. Ten zbieg okoliczności zdarza się co pięć kadencji, a trafić można przez skrócenie kadencji (jak PiS w 2007 r.).

       Przede wszystkim uśpić przeciwnika. Za pierwszym razem była to wizja zgody PO-PiS, za drugim razem przybranie dostatecznie wcześnie niewinnej maski łącznie z ukryciem swych niepopularnych asów. 

      Wybory parlamentarne odbywają się z reguły jesienią, więc wybory prezydenckich muszą się odbyć wcześniej. Ponieważ chodzi wtedy o znanego przeciwnika, jednej osoby, to są organizacyjnie łatwiejsze. Wystarczyło się skupić na tej jednej znanej osobie, zebrać „haki”, wyciągnąć, stworzyć, wplątać lub zwalić na przeciwnika „afery”, a w ostatnim momencie – gdy już nie da się niczego sprostować ani  wyjaśnić – mocno „opluć” (jak słynny „dziadek z wehrmachtu” Jacka Kurskiego z wyborów Lech Kaczyński Tusk, 2005), w czym PiS ma wprawę. Dobrze mieć sojusznika w niby „obiektywnym” Kościele.

      Na przygotowanie tego w cichości ma się dużo czasu.

      PiS miał w wyborach 2015 dostęp do normalnej państwowej telewizji, ale też do telewizji TRWAM, natarczywością wydartej z KRTV przez  imperium medialne o. Rydzyka, wyrosłe z pierwotnego nadajnika radiowego radia Maryja na Uralu. Rosja dająca je liczyła na skłócenie społeczeństwa; nie zawiodła się. W krótkim czasie skłócenie sięgnęło zenitu, nawet w rodzinach.

      Na rzecz PiS-u, już nawet jego wcześniejszych wcieleń, toczyła się od dawna i toczy trudna do ogarnięcia, podpierająca go, nie licząca się ze środkami kampania rozmnożonych nagle pism i internetowych tub zwących się prawicowymi, FRONDA (wg którego stworzenie świata miało miejsce siedem i pół tysiąca lat temu, czyli cztery tysiące lat przed Narodzeniem Chrystusa, podawane na 1-szej stronicy pisma), ale też  różne Do Rzeczy, W Sieci, Gazety Polskie, Warszawskie (szczególnie agresywne), jadowite gazetki Solidarności Walczącej Kornela Morawieckiego, a włączyły się do wspierania PiS-u pisma kościelne Gość Niedzielny, Niedziela, a zapewne też z innych archidiecezji, bez żenady manipulując informacjami.

       Do PiS-u mającego teraz duże szanse wygrania zaczęli wracać dezerterzy zawiedzeni przegranymmi z 2007 i 2011 r.. Głównym był obóz Ziobry z własną partyjką (Solidarna Polska),  reprezentujący ostry, a przez Kaczyńskiego zaplanowany kurs swoistego prawa i sprawiedliwości. Dołączył też, węsząc interes, kondotier Gowin ze swoją partyjką (Polska Razem); dla PiS nabytek – „naukowiec” – zapełniający „intelektualną” dziurę partii.

       PiS – by móc przyjąć poczciwą maskę – na długo przed kampanią ukrył swoich harcownikówZiobrę, Macierewicza, Mariusza Kamińskiego i Kurskiego. .

      PiS na  prezydenta przeciw Komorowskiemu wystawił nie znanego ogółowi, nie mającego żadnego samodzielnego doświadczenia politycznego Andrzeja Dudę, prawnika po formalnych studiach w UJ, nieznanego szerzej urzędniczynę kancelarii prezydenckiej Prezydenta „poległego” w katastrofie smoleńskiej, Lecha Kaczyńskiego (gra słów używana przez PiS: inni zginęli – „on poległ”).

    W przygotowaniu do pierwszego, prezydenckiego starcia już na kilka miesięcy przed wyborami wyszedł gruby tom Niebezpieczne związki Komorowskiego W. Sumlińskiego (dziennikarza  prawicowej Gazety Polskiej), wypełniającemu swe obowiązki prezydentowi sugerując krętactwem złe intencje bez żadnych dowodów.

     W starciu z „nikim” liczyć się mogą jedynie powaga i doświadczenie osoby. Te trzeba było dla wygrania zniszczyć. Zostawiono to do ostatnich dni drugiej tury.

     Tę i potem parlamentarną kampanię PiS prowadziła Beata Szydło, prymitywem myślenia i mowy trafiająca do „ludu”, maską przykrywająca bezmyślność i fałsz.  Komorowski nawet nie przeczuwał, jaka spadnie na niego dotąd niespotykana lawina demagogii, kłamstw i równa lawina wszelakich obiecanek i „dobrych zmian”, z wywróceniem niepopularnych, choć koniecznych dokonań Platformy, podniesienia wieku emerytalnego w bankructwie  ZUS-u przy ogólnej rosnącej długości życia.  Obietnic nie liczących się z uprawnieniami prezydenta, ani rozsądkiem. „Dobra zmiana”  i łapówka 500+, spreparowane nagłośnione „afery”: będąca w istocie normalną, choć nagłośnieniem utrąconą próbą wejścia na rynek (AmberGold-Olt) i prawdziwa, zapewne zamówiona afera podsłuchów (Sowa), lały się bez miary w obu kampaniach, a potem już po wygranych obu.

      W pierwszej turze Komorowski otrzymał 36,33% głosów, przeciw 33,10%  Dudy;  w drugiej, zmasowanej  48,45% przeciw 51,55%  Dudy.  Prezydentem został Duda.

Niemal od razu ujawnił kim jest. Nie licząc się z honorem obejmowanej funkcji prezydenta złamał elementarną zasadę, że prawo łaski jest czymś wyjątkowym i w żaden sposób nie może być zastosowane do osoby, wobec której toczy się proces sądowy. A zrobił to dla potrzeb PiS-u, by bez zwłoki ułaskawiony mógł podjąć służbę tajnej policji.

 Za zasługi kampanii nijaka politycznie, surowa w problemach rządzenia, osoba miernej inteligencji Beata Szydło  została premierem. Prezes – jak zwykle – zatrzymał sobie „tylne siedzenie”.

      PiS – sięgając po władzę – nie miał żadnego rozeznania istotnych problemów kraju, nawet je lekceważył. Dowodzi tego choćby wystąpienie J. Kaczyńskiego stawiającego rok wcześniej (6.07.2014 r.) wniosek o wotum nieufności wobec rządu PO. Nie miał też kadr; nie tylko doświadczonych, ale choćby obeznanych dostatecznie w problemach państwa i poszczególnych resortów. Nawet w dziedzinie prawa byli to razem z prezydentem raczej partyjni kombinatorzy lub agitatorzy, niż prawnicy.  Kaczyński grał na zmęczeniu długimi rządami Platformy i ogólnym niezadowoleniu z ostatnich, niepopularnych, choć koniecznych regulacji emerytalnych, a nie mając pojęcia o edukacji stawał się „obrońcą sześciolatków” i „pedagogiem” usuwając gimnazja, wracając do miłego mu wzorca komunistycznego PRL. 

      Wprost szablonowe w demagogii wyciąganie afer. Pod ręką była inicjatywa gospodarcza AmberGold–OLTExpres do atakowania nawet dalekiego Tuska (bo w OLT zatrudnił się syn).  Inicjatywy gospodarcze to zwykły stały element wolnego rynku, wymagający spokojnej atmosfery. Bez gry, bez ryzyka, nie ma rozwoju. Od przestępstw chronić ma prawo i kompetentne, uczciwe, konstytucyjne służby.

      PiS wyciągając naciągane „afery” przeciwnika przemilcza swoje własne korzenie (Telegraf, artB – Bagsika i ciągle żywe Skoki) .

      Nadał eksploatowano spreparowaną na zamówienie (bo skierowaną w jedną stronę) aferę podsłuchów, mającą szokować samym słowem „afera”, bo naprawdę ukazała ludzi normalnych, inteligentnych, myślących, niezależnych, a nie sterowanych.

     Swoją kampanię prezydencką, a potem parlamentarną PiS mógł prowadzić nie tylko zgodnie z prawem wyborczym w państwowych mediach, ale też w zaangażowanych politycznie telewizji Trwam i radio Maryja o. Rydzyka (religijnych więc prywatnych), wspomagany całą obskurną paletą pism i mediów prawicowych. Skrajną demagogią z lawiną obietnic i przekupstwem 500+ skierowanych do prymitywnych zwolenników PiS wytrącił Platformie wszelkie mądre i racjonalne argumenty i plany. Demagogii nie przelicytuje się rzetelnością (warto by dać obrazki).

      Przy tak zmasowanej kampanii PiS uzyskał ledwie 37,88% głosów, PO 24,08%, przy frekwencji 50 %. Dało mu to samodzielne rządy (ciekawe, PO miała w 2007 r. ponad 41% i musiała dobierać wiążącego mu ręce koalicjanta!). Mając 19% ogółu dorosłego społeczeństwa (właściwie jego część podatną na demagogię telewizji Trwam i Radia Maryja) PiS nazwało się suwerenem.

      Prawdziwe oblicze PiS-u wróciło natychmiast po zaprzysiężeniu i objęciu rządów. Wyskoczyły od razu „kukiełki” starannie na czas wyborów ukryte i siedzące cicho – Ziobro, Macierewicz, ułaskawiony (Mariusz) Kamiński, Jacek Kurski (ten od dziadka z wehrmachu). Kamiński był potrzebny do preparowania oskarżeń wobec wskazanych ludzi ustępującego obozu i ustanowienia terroru, utrwalającego władzę „na wieki”. Kurski z dewizą „głupi lud to kupi” dostał kierownictwo państwowych mediów; w mig zmienił je na wojujący aparat nowomowy Orwela, w którym nie ma miejsca na wolną myśl. 

W tych warunkach Platforma ani ogólnie opozycja nie ma gdzie wyartykułować ani bronić swego programu dla Polski. Zapewniony przez prawo wyborcze dostęp do państwowych środków przekazu w wykonaniu PiS jest kpiną z niezależności. Nie ma możliwości zrównoważenia lejącej się z ekranu całymi dniami demagogii, z nachalnymi paskami. Nie ma żadnej możliwości dyskusji z  pisowską nowomową. Prokuratura wprost stawia członków poprzednich władz w stan oskarżenia dla ogólnego zastraszania. To już bezpośredni terror.

MONOWŁADZA