J. M.

            Różne są  J. M. Chcę opowiedzieć o jednym, do którego sam się zgłosiłem, bo w swoim wyborczym programie podniósł kwestię poprawy kształcenia matematycznego. Polecił zgłosić się, gdy obejmie urząd. Gdy we wrześniu po długiej kolejce zjawiłem się przed obliczem J. M., orzekł, że już wybrał osobę, która się tym zajmie, więc jakbym nie był już potrzebny. Wymienił nazwisko, uznałem, że kandydatowi można zaufać. Niezwłocznie się do niego udałem. O niczym nie wiedział. Jednak po kilku dniach dostał dziwne pismo. Wtedy okazało się, jak sobie J.M. tę naprawę kształcenia wyobrażał. Po prostu miał to być stereotypowy schemat ustawionych strzałkami prostokącików z nazwami przedmiotów matematycznych. Nie podjął się tego.

            Wróciłem do przekonywania J.M.  Widzę, że to co mówię nie dociera do J.M.  Raz, drugi. Moje propozycje przedstawiłem dwukrotnie, na piśmie, przekazane „drogą służbową”. Zjawiwszy się stwierdziłem, że albo nie czytał, albo i tego nie rozumie. Gdy raz krótko i węzłowato stwierdziłem, że Instytut Matematyczny w sprawach nauczania jest nieuczciwy, a było to w obecności prorektora ds. nauczania, obydwaj J.M i Pro- oburzyli się, że obrażam Instytut i Uczelnię i  J. M. oznajmił, że poda mnie do sądu. Wyszedłem, nawet ucieszony, bo sąd mi ust nie zamknie. Spokojnie czekałem na wezwanie sądowe.

            Po kilku tygodniach, gdy żadnego wezwania sądowego nie dostałem, znów pojawiłem się u  J.M.   Przyjął mnie jakby nigdy nic. Straciwszy cierpliwość daremnym łażeniem, wprost oświadczyłem, że gdyby Uczelnia przyjęła moje podręczniki matematyki jako podstawę kształcenia, Politechnika z miejsca by ożyła. Aż podskoczył z wrażenia. Poprosił, bym mu je dostarczył. Nie miałem ich przy sobie i przyniosłem następnym razem komplet czterech podstawowych podręczników. Położyłem przed nim. Myślałem, że sięgnie do nich, zajrzy. Jest przecież inżynierem, profesorem, rektorem i matematykę powinien znać i rozumieć; tym bardziej skierowaną do początkujących studentów. Liczyłem, że rozpocznie się konkretna rozmowa o książkach, ich wartości. Jako autor wskazałbym na walory książek, ich przystępność, rzetelność i jasność ujęcia. W podręczniku wszystko było rozumnie objaśnione i wyprowadzone; najprościej, krótko, trafiając w sedno. Przez studentów były przyjmowane z ulgą.

            Niestety nie tknął żadnej z leżących przed nim  książek. Coś tam pisał na kartoniku a następnie zerwał się, zabrał książki i z kartonikiem pobiegł do sekretarki głosząc, że oddaje je do recenzji. Zdążyłem tylko krzyknąć, by – jeśli już – oddał do niezależnej recenzji. Po spełnieniu tego czynu, oświadczył, że dał czas na recenzje, dwa tygodnie. Recenzentem miał być sam sprawca upadku, Instytut Matematyczny.

            Jest charakterystyczna wiara w recenzenta. Nie we własny osąd, ale osąd kogoś, kto mieni się specjalistą.

            Cała heca rozpoczęła się, gdy zjawiłem się u J. M. nie po dwu tygodniach, bo udało się dopiero po miesiącu.  Nie otrzymałem owej „recenzji” do ręki, lecz J. M. łaskawie odczytał ją osobiście.  Cała „recenzja” mieściła się na pół stronicy. Słuchałem zdumiony tego bełkotu. Nie wymieniono nie tylko tytułów książek, ale nawet nie podano ich liczby. W ogóle nie użyto słowa „książki”, tylko „nadesłane materiały”. Cała „recenzja”, pół stronicy, zajmowała się nie książkami, ale moją osobą. Jedyny wymieniony tytuł odnosił się do innej książki, która posłużyła do mydlenia oczu i wtrącenia dodatkowego łgarstwa sprzed dwóch lat świadczącego o nieuczciwości Instytutu Matematycznego. 

            Nie mogąc uchwycić czytanego krętactwa poprosiłem, by J. M. przekazał mi ową „recenzję”. Odmówił, zasłaniając się, że pismo jest adresowane nie do niego, ale do Prorektora.

            Oburzony, w oparciu o to. co usłyszałem i zapamiętałem, napisałem replikę i przekazałem ją „drogą służbową”. Chciałem jednak formalnie wiedzieć, jaką  J.M. po owej „recenzji”  podjął decyzję w kwestii podręczników. Gdy się zjawiłem, oświadczył, że podziela opinię Prorektora. Gdy o tę opinię zapytałem, J. M. polecił sekretarce wydać pismo Prorektora, dodając, że potwierdza jego decyzję.

           Sekretarka wydała mi pismo, które okazało się nie pismem Prorektora, ale ową wzbronioną mi recenzja . Wydostałem potem z kolei również pismo Prorektora, które posłużyło Rektorowi do odrzucenia mojej propozycji. Miałem w ręku główne dokumenty krętactwa.

          Oparłem na nich całe dochodzenie dla wyjaśnienia oszustwa: kto spłodził, kto brał w tym udział, kto firmował. Było jasne, że ową „recenzję” spreparowała Komisja Programowa Instytutu Matematycznego (I.M.) pod czujną kontrolą Prorektora i usłużnością Dyrektora I.M; podpisał Dyrektor Inst. Matem.. Moje dochodzenie szło bardzo opornie. Zebrałem jednak całą dokumentację i śmiało mogę użyć słowa OSZUSTWO. Część dochodzenia dotyczącą Komisji prowadziłem pocztą mailową. Przekazuję kopię tej wymiany (jej kopia pobrana z witryny) znalazła się też z czyjejś inicjatywy w Internecie pod tytułem „wymiana maili”, gdzie zrobiła furorę (tyle że w mailach brak wymienienia samego corpus delicti, tzn. kompletu czterech książek przekazanych J.M. i generalnego wyjaśnienia, skąd cały problem).

           Mając dokumenty złożyłem do J. M. pełną udokumentowaną skargę na Instytut i Prorektora, mimo, że sam J. M. brał w tym udział. Dałem mu szansę na odsunięcie się od brudu. Siedząc w brudzie nie skorzystał z tego. Okazało się, że J.M. przekazał rozpatrzenie skargi OSKARŻONEMU, tj. Prorektorowi. Nie skorzystał z szansy odsunięcia się od oszustwa.

           W tej sytuacji złożyłem skargę na J. M. i Uczelnię do Ministerstwa Nauki i Szkolnictwa Wyższego. Dostałem wykrętną odpowiedź urzędniczki MNiSW. Gdy zażądałem formalnej odpowiedzi na OBYWATELSKĄ SKARGĘ, otrzymałem urzędniczą odpowiedź v-ministra MNiSW prof. Z. Marciniaka, a nie odpowiedź Komisji Etyki (ministra zadomowionego od dawna w Politechnice) (Z. Marciniak znalazł się w MNiSW, po opuszczeniu czy zdymisjonowaniu ze stanowiska v-ce ministra MEN, a tam ze stołka Przewodniczącego Państwowej Komisji Akredytacji; taki Latający Holender. Był stałym wysoce honorowanym gościem w PWr, szczególnie w OWYCH Regionalnych Konferencjach matematyka, fizyka i chemia w szkole i na studiach, zakłamanej cyklicznej imprezie, o której szczegółowo piszę w innym miejscu).

            Nie była to odpowiedź ministerialnej Komisji Etyki, czy jakiejś komisji odwoławczej, ale wykrętne urzędnicze pismo, kopia wcześniejszego pisma urzędniczki, uchylające się od rozpatrzenia skargi z powołaniem na autonomię uczelni wyższych (Komisję Akredytacji, której zadaniem jest utrzymanie wysokiego  poziomu kadr i nauczania i której sam był przedtem przewodniczącym, uznał za martwe ciało).

            Oto autentyczna charakterystyka kierowników Nauki

 

Zachowuję całą dokumentację tej afery

A oto. jak przebiegało wyjaśnienie pocztą mailową w Komisji Programowej Instytutu Matematyki PWr