J. M. 3  
  „” –  
            Jeszcze raz spróbowałem  przedstawić moją myśl indywidualnego toku studiów w matematyce nowemu rektorowi na miejscu. Zwyciężył kandydata, który miał dość sensowny program (mam ten program), ale się mówi – trudno. 
          Zwróciłem się do niego mailem, zaraz po wyborze. Napisałem

Szanowny Panie Rektorze

 

Na progu służby rektorskiej chciałem z Panem porozmawiać o najbardziej istotnych problemach Uczelni. Przejmuje Pan Politechnikę murowaną, może zostawić – myślącą.

Mogę w tym pomóc. I jestem gotów.

dr Ryszard Nowakowski

matematyk

            ("murowaniem" wypełnił swoje dwie kadencje poprzednik, do którego też zwracałem się z podobnym problemem podniesienia jakości kształcenia; zakończyło się kompromitacją.; p. J. M. )

             Mail chwycił. Rektor odpisał, bym zgłosił się zaraz po wyborze prorektorów, kilka dni. W ustalony dzień i godzinie zjawiłem się w jego prorektorskiej siedzibie (był w kończącej się kadencji prorektorem). Rektora elekta nie było. Czekałem, coraz bardziej zdenerwowany, niemal trzy kwadranse zanim się zjawił. Przedstawiłem mu w wielkim skrócie moją ideę indywidualnego trybu studiów w matematyce, gdy weszła sekretarka oznajmiając, że czas audiencji się skończył i czeka następny interesant, jakaś pani. Musiałem zabiegać o nowy termin.

            Zrozumiałem, że snuje się jakaś intryga matematyków. I rzeczywiście, gdy kolejnym razem udawałem się do sekretariatu z pytaniem o termin spotkania, będąc jeszcze w pewnej odległości od budynku ujrzałem wychodzących dwóch matematyków, dziekana wydziału matematycznego w towarzystwie "profesora" Szajowskiego, krętacza, z którym miałem już wiele krętackich historii. Oni mnie już też zauważyli. Nie zamierzając się na nich bezpośrednio natknąć obszedłem ich z tyłu, sami też się odwrócili tyłem. Wchodziłem na schody, ale zanim sięgnąłem po klamkę obejrzałem się, czy jeszcze sterczą. Ujrzałem rozdziawioną z radości gębę krętacza, "ale cię wrobiliśmy". Już wiedziałem jaką odpowiedź dostanę od sekretarki.

             Jestem bowiem od czasu utworzenia własnego wydawnictwa z jednej strony tępiony, jako groźna dla monopolu koterii, z drugiej strony wabiony do firmowania koterii.