J. M. 2
 
              Znałem Profesora, gdy był jeszcze dziekanem Wydziału Elektroniki. Kończy teraz drugą kadencję rektorską. Kilka lat temu zabiegałem o audiencję. Kancelaria rektorska zwodziła mnie i zdecydowałem się jechać na ślepo. Wysłałem jednak mail, że jadę i będę w uczelni o określonej godzinie.
            Gdy się punktualnie zjawiłem, spotkałem się z paniką Kancelarii. Usiłowano mnie zepchnąć (grzecznie) do prorektora, ale go nie znaleziono.  Samego Rektora nie było w gabinecie, okazało się, że w sali senackie odbywa się posiedzenie. Postanowiłem cierpliwie czekać na jego zakończenie. Sala senacka znajdowała się niedaleko, w tym samym korytarzu. Czekałem stojąc, bo nie było gdzie usiąść. W końcu sala się otwarła i wychodzili z niej uczestnicy, nawet niewielu ich. Jeszcze przed salą coś dyskutowali i powoli zaczęli się rozchodzić, pojedynczo lub grupkami. W moją stronę, więc do gabinetu rektorskiego, szły trzy osoby, nie mogę rozpoznać, czy jest tam Rektor (jako dziekana widziałem wiele lat wcześniej), zapytałem przechodzącego, potwierdził i wskazał go. Od czasu, gdy z nim rozmawiałem już się dość mocno zmienił, zestarzał. Szedłem za nimi i przed sekretariatem zatrzymali się na chwilę ale wreszcie rozeszli. Rektor wszedł do sekretariatu, ja za nim. Gdy chwytał za klamkę swego gabinetu zapytałem, czy mnie przyjmie. Nie zdziwił się, już wiedział o zuchwalcu, zapytał nazwiskiem i zaprosił zastrzegając, że ma tylko pięć minut.
            Znalazłem się przed obliczem Rektora. Zwięźle wyjaśniłem, że chodzi mi o podniesienie poziomu kształcenia w matematyce, fundamencie teorii technicznych i widzę to w indywidualnym trybie studiowania, niezależnym od matematyków, opartym na dobrych podręcznikach, moich; nie pamiętam, czy wspomniałem o  własnym wydawnictwie. Jakoś moja pewność chwyciła, zaciekawił się, ale wspomniał, że studenci tego nie podejmą, bo tryb indywidualny studiów był w planach uczelni przewidziany i był martwy.
            Oczywiście najważniejsze są w takim trybie podręczniki i mu je pokazałem, cztery podstawowe:  Niestety owe pięć minut się kończyły, więc zamiast zajrzeć do nich, poprosił, bym mu je zostawił. Jednak nie, by przejrzeć, ale oddać do recenzji; miał swego znajomego matematyka z uniwersytetu. Znów recenzent i to z uniwersytetu, nie mający pojęcia o matematyce politechnicznej, rzecz z góry przegrana.  Na pożegnanie powiedział, że się odezwie.
           Po powrocie sprawdziłem w Internecie ów indywidualny tok studiów. Był nawet we wrocławskiej Politechnice, ale dostępny od trzeciego roku studiów (gdy pierwszy inżynierski stopień niemal się kończy). Zrozumiałem dlaczego był martwy; mógł dotyczyć tylko teorii technicznych. Przy byle jakiej wiedzy matematycznej, której resztki już nawet z głów wywietrzały, nie było żadnego impulsu do samodzielności.
            Chciałem wrócić do rozmowy (przy okazji stałych podróży wydawniczych). Zobaczyłem go nawet wprost wychodzącego z Kancelarii, usiłowałem się zwrócić, ale w biegu odkrzyknął, że nie ma czasu. Potem pisałem kilka razy, nie odpowiadał.  Do dziś dnia nie „odezwał się”, a sądzę, że recenzent nawet nie zajrzał do książek. 
            To są kierownicy NAUKI POLSKIEJ !  Nawet ci najwięksi, Oni o niej decydują!